środa, 10 lutego 2016

Rozdział 2 ~ Idę na herbatę, czyli armagedon w Slytherinie

         Po mojej ostatniej lekcji - wróżbiarstwie, miały odbyć się pierwsze trening Quiddicha. Moja ekipa oczywiście wybrała się jako loża szyderców dla Gryffindoru. Nie miałam ochoty na te kąślie uwagi. Zaczęłam mówić, że słabo się czuję i pójdę po herbatę.
         Tak o to znalazłam się w Wielkiej Sali. Siedziałam przy stole ślizgonów i popijałam Earl Grey'a i wpatrywałam się tępo w drewniany stół.
         -Musi ci się nudzić.. - usłyszałam smutny głos obok siebie.
         Podniosłam wzrok i zobaczyłam ducha Krwawego Barona. Na jego stroju były srebrzyste plamy krwi. Uśmiechał się do mnie smutno.
         -Słucham? - lekko się obudziłam.
         -Skoro nie jesteś na treningu to albo cię to nudzi, albo jesteś smutna - stwierdził.
         -Raczej to drugie - westchnęłam
         -Chodzi o jakiegoś chłopca? - przekręcił lekko głowę na prawo.
         Zacisnęłam powieki by powstrzymać łzy. Wzięłam duży łyk herbaty i przełknęłam głośno napój.
         -Tak o chłopaka -wychrypiałam.
         -Daj mi zgadnąć.. - oparł nogi o stół - Jest w innym domu?
         -Tak.. - lekko załamał mi się głos.
         -Kochasz go?
         -Znam go jeden dzień! - zaprzeczyłam - Ale jest moim przyjacielem... Miał być ze mną w Domie Węża...
         -Tak samo jak Helena - kiwnął głową.
         -Helena Ravenclaw? - "Tą, którą zabiłeś?" - dodałam w myślach.
         -Byliśmy przyjaciółmi, ale nas rozdzielono.. - powiedział zbolały Baron.
         -Maggie? - usłyszałam znajomy głos.
         -Syriusz? - odwróciłam się w stronę drzwi wejściowych.
         Black stał na progu, miał potargane włosy i pąsy na twarzy. W jego oczach nadal widziałam euforię. Podtrzymywał spoconego orzechowo-okiego chłopaka, a obok stał ich wysoki brązowowłosy kolega. Spojrzałam na miejsce, gdzie siedział Baron, ale go już nie było.
         -Coś się stało? - spytał zmartwiony.
         -Nie, nie - machnęłam ręką - Leć...
         -Zostaw tą ślizgonkę! - powiedział zmęczony - Pewnie nie jest lepsza od Snape'a!
         Syriusz rzucił mi pełne zmartwienia spojrzenie. Podał kolegę pod opiekę drugiego i ruszył w moją stronę.
         -Syriusz! No bez jaj! - krzyknął za nim
         -Zamknij się debilu! Zobacz jaka to laska - skarcił go drugi.
         Zalałam się rumieńcem i spuściłam wzrok. Usłyszałam jak Syriusz się zbliża, po czym niepewnie siada na przeciwko mnie.
         -Fajnych masz znajomych.. - stwierdziłam sarkastycznie.
         -Nie są tacy straszni jak się ich lepiej pozna.. - skomentował z drwiącym uśmiechem.
         -Czemu tak bardzo ten koleś nie lubi Snape'a?
         -Po pierwsze to jest James Potter, a po drugie.. ma w tym drugim trochę racji. Snape jest dwulicowy. Udaje, że lubi tą całą Evans, na którą leci James, a kiedy ona nie patrzy to wyzywa każdą szlamę jaką zobaczy.
        -Może to wina Lucjusza.. - próbowałam go bronić.
        -Mówisz o tym blondasku co się do ciebie przystawiał na Eliksirach? - warknął spode łba.
        -Na Elisksi.. masz ze mną Eliksiry?! I czemu do mnie nie podeszłeś? Moglibyśmy siedzieć razem!
         -Ale ty jesteś ŚLIZGONKĄ! - krzyknął.
         -I mówi ten co jest urodzonym Gryffonem... - powiedziałam z niedowierzaniem.
         Zaczęliśmy się mierzyć na wzrok. Ta walka by się nigdy nie skończyła, gdyby nie upadł przed nami list. Na kopercie widniał ciemny napis "Syriusz Black". Gryffon podniósł list i otworzył go pośpiesznie. Rzucił go z wściekłością na stół i niemal wybiegł z sali. Zerwałam się na równe nogi i w biegu pochwyciłam jego przesyłkę. Gnając za nim zaczęłam czytać.

"Drogi Syriuszu Black'u,
proszę zgłosić się natychmiastowo do gabinetu dyrektora. Przybyli pana rodzice w sprawie przeniesienia pana do Slytherinu.
                                    Albus Dumbledore"

         O boże. Przyśpieszyłam by go dogonić. Stał już przed drzwiami do gabinetu dyrektora. Próbowałam uspokoić oddech. Syriusz też dyszał, ale z wściekłości.
         -Wejdziesz ze mną? - spytał łamiącym się głosem.
         -Nie wiem czy mogę...
         -Proszę..
         -Jeśli tego chcesz - ścisnęłam jego rękę, tak jak on podczas przydziału.
         Pewnym krokiem wszedł do środka ciągnąc mnie za sobą. W gabinecie dyrektor Albus siedział przy swoim wielkim biurku, a na przeciwko niego siedzieli prawdopodobnie rodzice Syriusza.
         -O witaj mój drogi - odezwał się sennym głosem Dumbledore - Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą pannę Lestrange...
         -Ją też namówiłeś do tego wariactwa?! Kolejna jest splamiona hańbą? - podniosła głos pulchna kobieta o szarych włosach.
         -Kochanie proszę spokojnie... - powiedział ze stoickim spokojem złoto-oki mężczyzna. - Rozmawiałem już z Lestange'ami i wszyscy trafili do Slytheriniu.. może ta dziewczyna mu przemówi do głowy...
         -Dobrze dobrze - uspokoiła się - Siadajcie dzieci...
         Spojrzałam nerwowo na dyrektora, który uśmiechał się przyjaźnie. Usiedliśmy obok mamy Syriusza i czekaliśmy.
         -Mówię ci Albusie - wywarczała kobieta - Mój syn jest ślizgonem, tak jak my, tak jak jego brat i tak jak nasi przodkowie.. Ta tiara się pomyliła!
         -Droga Walburgo, tiara jest nieomylna. Jednak jeśli tak bardzo chcesz się spierać, możemy założyć tiarę raz jeszcze.
         Syriusz zrobił wielkie zaskoczone oczy i spojrzał na mnie ze strachem. Ścisnęłam jego dłoń. Chciałam mu powiedzieć będzie dobrze, ale w głębi serca pragnęłam żeby był Ślizgonem. Profesor Albus wyciągnął brudną i starą tiarę. Założył ją na głowę chłopaka.
         -Hm... Myślałam, że mam już to za sobą - wykaszlała czapka - Gryffindor.
         -Mylisz się! Mój syn nie jest głupim Gryfonem! Jest ślizgonem tak jak ja, jego ojciec, jego brat i...
         -Droga pani.. - wycharkała tiara - Nie dyskutuję nad waszymi więzami krwi. Stwierdzam, że wasz syn jest wierny i odważny. Dlatego należy do Gryffindoru...
         Kobieta zaczęła się czerwienić i otworzyła usta by zacząć krzyczeć, ale ubiegł ją jej mąż. Podniósł się z krzesła i poprawił szatę.
         -Mój syn przeżywa teraz ciężki okres dorastania. Mąci mu się w głowie... On CHCE być w Slytherinie. Gryffindor to dom wroga.
         -Czyżby? - zapytała się tiara.
         Wszystkie spojrzenia w pokoju zwróciły się w stronę Syriusza. Wziął nerwowy wdech i ścisnął mnie za rękę.
         -Chcę być w Gryffindorze... - wykrztusił.
         Nagle usłyszeliśmy skrzek za nami. W małym gnieździe rubinowy ptak zaczął płonąć. Pisnęłam zaskoczona jego nagłą śmiercią. Wydał z siebie ostatni dźwięki i spłonął. Nagle z czarnych popiołów wyłonił się podobny, ale o wiele mniejszy ptaszek, który piszczał słabo.
         -Oh.. Fawkes ty staruszku... - zaśmiał się Dumbledore i podszedł do feniksa - Znowu się odmładzasz? - pogłaskał go delikatnie.
         Matka Syriusza wstała. Z obojga rodziców biła pogarda i wściekłość. Pan Black zmierzył syna rozczarowanym wzrokiem.
         -Jesteś pewien, że tak chcesz zakończyć to spotkanie? - spytał wściekły.
         -Maggie - spojrzał na mnie - Jeśli będziesz ze mną rozmawiać, mimo tego, że nie jestem w Slytherinie to zostanę w Gryffindorze... Ale będziesz?
         -J... ja - brakowało mi słów - Zawsze będę z tobą rozmawiać Syriuszu...
         Uśmiechnął się zadowolony, ale jego rodzice chcieli mnie rozszarpać. Oboje wstali, pani /black wyciągnęła różdżkę i skierowała w moją stronę.
         -Ty mała zdradziecka...!
         -Pani Black! - huknął dyrektor - Proszę schować swoją różdżkę! To przecież dziecko!
         -Będziesz wydziedziczony - syknął Pan Black - a ty... wiedz, że po powrocie nie będziesz więcej Lestrange!
         Po czym oboje wyszli z gabinetu dyrektora. Przytuliliśmy się z Syriuszem. Zaśmiał się cierpko.
         -Jakim cudem z taką odwagą nie jesteś Gryffonką?
         Ruszyliśmy do wyjścia, spojrzałam jeszcze w stronę odrodzonego stworzenia. Czarodziej w szarej szacie nadal delikatnie go głaskał.
         -Panno Lestrange? - usłyszałam niski głos dyrektora.
         -Tak słucham? - odwróciłam się tuż przy drzwiach.
         -Umie panna przyjąć cios. To ważna cecha bo to oznacza, że wie panna, że duma to nie wszystko. Jednak przypomnę, że czasem warto oddać.. - uśmiechnął się do mnie tajemniczo.
         -Dzi... dziękuję... - wydusiłam.
         Poszłam w ślad za Gryfonem. Czekał na mnie tuż przy schodach. Jego twarz była zakryta przez loki. Odgarnęłam je z jego twarzy.
         -Odprowadzę cię do twojego domu - zaproponował.
         Kiwnęłam ochoczo głową i ruszyłam zanim w dół. Zbiegaliśmy przeskakując po kilka schodków i śmialiśmy się. Wolni od zmartwień rodzinnych. Stanęłam razem z Syriuszem pod obrazem przy wejściu.
         -Obiecaj mi - ścisnął mnie za rękę - że nie przestaniesz ze mną rozmawiać..
         -Nie mogłabym - uśmiechnęłam się - jesteś moim najlepszym przyjacielem...
         Black przytulił mnie i odszedł. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na wejście. W szkole wszystkie wieści się szybko rozchodzą. Czy ślizgoni już wiedzieli...?
         Wypowiedziałam hasło i przeszłam przez obraz. Weszłam do pokoju wspólnego, który nie był pusty. Rudolf stał na przeciwko wejścia i wpatrywał się we mnie ze wściekłością, na krześle obok niego siedziała Bellatriks. Na kanapie przy kominku siedział Lucjusz wraz ze swoimi kolegami i Narcyzą. Pod ścianą czaiła się Andromeda patrząc na mnie przepraszająco.
         -Jak mogłaś zdradzić swój ród? - usłyszałam syknięcie obok głowy.
         Odskoczyłam od dźwięku jak oparzona. Stał za mną Snape. Cofnęłam się kilka kroków i natrafiłam na własnego brata.
         -Wiesz co miałem ci dzisiaj dać?! - niemal krzyczał - Miałem ci dzisiaj dać list od rodziców jak bardzo są z ciebie dumni, że jesteś w naszym domu! A wiesz co jutro przyjdzie? List, który skreśli cię z naszej linii rodu!
         -Przestań! - krzyknęłam - Rudi proszę! Nie zrobiłam nic złego!
         -Przez ciebie głupia dziewucho, mój kuzyn jest Gryffonem! - ryknęła Bella. - Moja ciotka nigdy się nie pozbiera po takim czymś!
         -To nie była moja wina! - podeszłam do brata i chciałam go dotknąć - Rudi proszę cię...
         -Nie jesteś moją siostrą - wyciągnął w moją stronę różdżkę - Jesteś nie lepsza od zwykłej szlamy..
         -Braciszku... - łzy cisnęły mi się do oczu.
         -Mówiłem, że nie jestem twoim bratem! - ryknął z furią i zamachnął się różdżką - Depulso!
         Zaklęcie odrzuciło mnie na dwa metry tak, że upadłam. Od razu wstałam na nogi. Może i go kochałam. Jednak nie pozwalam sobą pomiatać.Wyciągnęłam swoją różdżkę i machnęłam w jego stronę.
         -Bombarda maxima! 
         Z mojej różdżki wyleciała mgiełka, która po chwili zamieniła się w wielką eksplozję, która wyrzuciła mojego brata w powietrze, zostawiając wielką dziórę w podłodzę.
         -Rudolf! - huknęła na mojego brata Bella. Brzmiało to bardziej jak wezwanie do walki niż strach o jego życie...
         -Na boga co się tu dzieje! - usłyszeliśmy schodzącego prefekta po schodach.
         Lucjusz zerwał się z kanapy i wycelował różdżką w chłopaka. Jego oczy były pełne szaleństwa. Obudzony cofnął się przerażony.
         -Sprawy rodzinne Mike.. Nie chcesz się w to mieszać bo stałaby ci się krzywda...
         Mike zająknął się i spojrzał w moją stronę. Po chwili już go nie było. Rudi podnosił się właśnie z podłogi z pomocą Avery'ego. Ciekła mu krew z nosa, którą otarł rękawem.
         -Severusie - syknął - pora przetestować twoje czary...
         Wszyscy w pomieszczeniu spojrzeli na niego. On sam wyglądał na mocno zszokowanego. Moje serce biło jak szalone. "Jego czary"?
         -One nie są jeszcze dopracoane bo...
         -Użyj ich! Ale już! - rozkazała m dotąd milcząca Narcyza.
         Snape zawachał się. Podniósł rękę by machnąć różdżką w moją stronę ale jego ręka zawisła w powietrzu. "Nie zrobi tego" pomyślałam. Lecz nagle zostałam ugodzona szmaragdowym czarem.
         -Levicorpus! - krzyknął.
         Nagle wygięłam się w pół, a moje kostki znalazły się nad moją głową. Nagła zmiana zzrobiła chaos w moim błędniku. Wisiałam w powietrzu z wrażeniem związanych kostek. Snape zaczął wymachiwać ręką we wszystkie strony, a moje bezwładne ciało wirowało w powietrzu.
         -Wiemy, że stać cię na więcej! - rzuciła kąśliwą uwagę Bella.
         -Ja.. ja nie wiem... - powiedział przerażony chłopak i opuścił różdżkę, a ja upadłam ciężko na głowę.
         -Snape... - podszedł do niego Avery i zaczął coś szeptać mu do ucha.
         Podniosłam się na łokciach i dotknęłam głową bolącego miejsca. Ciekła mi krew. Kleiły mi się od niej włosy. Nachyliła się nade mną Bellatriks.
         -Oni nie mają do tego jaj.. - zaśmiała się - Crucio!
         -Nie! - krzyknęłam jednocześnie z paroma osobami.
         Nagle wykrzywił mnie paraliżujący ból. Wydałam z siebie nieludzki dźwięk. Moje ciało wykrzywiło się pod siłą niewyobrażalnego cierpienia. Myślałam, że umieram. Albo chciałam umrzeć.
         -Bella! - krzyknął Rudolf i złapał za jej dłoń, a zaklęcie ustąpiło.
         Opadłam bez siły na ziemie. Płacząc niczym małe dziecko. Dlaczego to się nie mogło skończyć? Dlaczego musiałam poznać Syriusz Blacka?
         -Kontynuuj Severusie. - rozkazał Lucjusz.
         -Sectumsempra! - huknął wojowniczo ośmielony.
         Nagle staciłam oddech. Mój brat okrył ramieniem Black'ówne  i odszedł patrząc z pogardą. Lucjusz i jego grupa uciekli do swoich pokoi. Poczułam jak krwawię, ale już nie tylko z głowy. Moje ciało krwawiło wszędzie. Chciałam krzyczeć, ale brakowało mi powietrza.
         -Potwory! - ryknęła Andromeda - Won mi stąd zanim ja zacznę rzucać czarami! Świnie! - uklękła przy mnie - Oddychaj Maggie proszę! Sprowadzę pomoc poczekaj tu błagam!
         Zaczęłam oddychać. Jednak nie wiedziałam czy to był taki dobry pomysł bo poczułam każdą zadaną ranę dużo mocniej. Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Andromedy nie było.. Nie było jej całą wieczność... W końcu poddałam się ciemności...

***

         Zachłysnęłam się powietrzem i podniosłam z pozycji leżącej. Miałam szeroko otwarte oczy i nie wiedziałam gdzie się znajduję. Od razu poczułam kujący ból w klatce piersiowej.
         Zobaczyłam siedzącą obok na białym Andromedę, która spała jak zabita. Nie chciałam jej budzić. Wszystko było tu takie białe... Skrzydło Szpitalne. Zaczęłam się rozglądać wokół siebie i uzmysłowiłam sobie, że po mojej lewej siedzi... Syriusz Black. Miał głowę odchyloną do tyłu i rozdziawione usta. Chrapał. Na łóżku za nim leżała kupa Gryfonów. Rozpoznałam Jamesa, który się ślinił i tego wysokiego, którego imienia nie poznałam. Znalazł się tam też tam jakiś gruby blondyn, którego szczerze mówiąc nigdy nie widziałam. Spojrzałam na zegarek. Była czwarta rano. Położyłam się znowu na białej poduszce.
         Czy właśnie zostałam odratowana po tym jak mój brat i jego dziewczyna próbowali mnie zabić? Zaczęłam gorzko płakać, na tyle cicho by nie obudzić nikogo.


______________________________________________
_____________

Hey hey dziękuję wszystkim za czytanie :> Jeśli ktoś dalej czuwa nad rozdziałami to dziękuję
za wytrwałość bo potrafią być długie xD
Prosiłabym też o chociażby "czytam" w komentarzu ;3

wtorek, 9 lutego 2016

Rozdział 1 ~ Pierwsza lekcja eliksirów, czyli jak poznałam tego blond idiotę.

         Z teraz już zupełnie obcymi ludźmi ruszyłam po schodach w kierunku lochów. Nie zapamiętałam imienia chłopaka, który był naszym prefektem. Ponieważ byliśmy pierwszoroczni musieliśmy czekać, aż cała reszta uczniów się rozejdzie.
         Starałam się trzymać raczej na tyle. Na ramieniu siedziała mi Śnieżynka, którą próbowali odesłać do sowiarni, ale pogryzła każdego kto próbował się zbliżyć. Mądra dziewczynka. Długa szata ciągle plątała mi się pod nogami i co jakiś czas po niej deptałam. Uroki posiadania szat po starszym bracie... Za którymś razem przydeptałam ją na tyle by stracić dodatkowo równowagę. Poleciałam w dół i byłam pewna, że uderzę twarzą w schody, gdy poczułam jak ktoś mnie łapię od tyłu.
         -Och dziękuję - powiedziałam z ulgą i odwróciłam się do mojego bohatera.
         Miał bardzo bladą skórę i haczykowaty nos. Na twarz opadały mu śliskie czarne włosy. Był chudy i strasznie wysoki. Na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu. Chłopak wydawał mi się lekko przerażający, zważywszy na to, że myślałam, że idę ostatnia.
         -Nie ma za co - powiedział beznamiętnym głosem.
         Pomógł mi ponownie złapać równowagę i razem dołączyliśmy do grupy. Teraz szliśmy na równi jako ostatni.
         -Jestem Margaret, ale mów mi Maggie - uśmiechnęłam się i podałam mu rękę.
         -A ja Severus... Ale łatwiej mówić do mnie po nazwisku - Snape.. - znów ten cień uśmiechu.
         Uścisnął mi niepewnie dłoń. Spytał uprzejmie jak mi minęła podróż. Więc mu opowiedziałam o ciekawych okolicznościach poznania Syriusza.
         -Black'a? - zdziwił się - Przecież jego rodzina to sami ślizgoni...
         -Wiem! - żachnęłam się - też myślałam, że tu trafi... mimo wszystko.. - spuściłam wzrok.
         -A ja miałem iść do Gryffindoru... - powiedział z lekkim bólem - W sensie... Rodzina tego nie oczekiwała, ale mam tam bardzo bliską przyjaciółkę.. Znamy się od zawsze.. Nazywa się Lily Evans...
         -Mam pomysł.. w nocy wślizgniemy się do dormitorium Gdyffonów i podmienimy cię na niego! Ty będziesz z Lily, a ja z Syriuszem!
         -Świetny pomysł! - zaczął się śmiać Snape - i co jeszcze? Może pójdziemy uwolnić wszystkie skrzaty z kuchni?
         -Jeśli to pomoże naszej misji.. jestem gotowa na te szalone działanie! - stwierdziłam roześmianym głosem.
         W końcu doszliśmy do domu Slytherinu. Pokazali nam nasze pokoje. Na szczęście w tym roku bardzo mało dziewczyn trafiło do domu węża i byłyśmy tylko w piątkę. W okrągłym pokoju każda posiadała swoje łóżko i szafkę. Pościel była szmaragdowo zielona, a w nogach łóżka wisiał herb Slytherin'u. Trafiłam na posłanie przy drzwiach, a po mojej prawej rozkładała już rzeczy nie jaka Andromeda Black.
         Nigdy nie miałam pamięci do imion, ale jej łagodne rysy twarzy sprawiały, że zaufałam jej. A może to tylko dzięki nazwisku Black? Jakąś godzinę później ogłoszono ciszę nocną i zgaszono światła.
         Leżałam w kompletnej ciszy. Trzy dziewczyny już spały, pochrapując co jakiś czas. Andromeda sprytnie użyła Lumos i teraz czytała książkę. Natomiast ja, przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka.
         -Andromedo? - spytałam cicho.
         -Tak?  - oderwała się na chwilę od lektury.
         -Możemy porozmawiać?
         -Pewnie chodź do mnie na łóżko - powiedziawszy to odłożyła książkę na dobre.
         Wstałam spod mojej zielonej kołdry i uważając na rozwalone rzeczy na ziemi, przeskoczyłam do Andromedy. Wbiła różdżkę pomiędzy materac, a ramę łóżka tak byśm siebie widziały nawzajem.
         -Jesteś spokrewniona z Syriuszem prawda?
         -Tak oczywiście.. - powiedziała lekko zdziwiona - jestem jego kuzynką.
         -Poznałam go jeszcze w pociągu... Myślisz, że jego rodzice go wydziedziczą?
         -Nie - uśmiechnęła się - mam taką nadzieję. Są świetni i myślę, że jakoś to przeżyją. Ja go tam rozumiem... Nie marzyłam jakoś o byciu w Slytherinie, ale chyba nie miałam tyle odwagi co on.
         -Prawdziwy Gryfon - zaśmiałam się.
         -Owszem... Jesteś z dobrej rodziny, więc chyba moge spytać.. dlaczego nie siedziałaś razem z nami w pociągu? Bo jesteś siostrą Rudolfa prawda?
         -Tak.. - powiedziałam lekko zawstydzona - Wiesz... bardzo go kocham,,, ale poznałam Bellatriks w to lato i bardzo przyjemnie jechało mi się samej... Do czasu..
         -No faktycznie... Moja siostra umie dopiec...
         -Twoja siostra?! - zdziwiłam się mocno zawstydzona - O jeny bardzo cię przepraszam...
         -Nie masz za co! Nie raz mam ochotę rzucić w nią jakimś obrzydliwym czarem na pryszcze...
         Rozmowa z Adromedą pozbawiła mnie snu, ale dała mi przyjaciółkę i nadzieję. Obiecała mi, że jeśli dołączę do ich grupki to nie zostawi mnie na ich pastwę. Stwierdziła, że muszę poznać Lucjusza Malfoya. Podobno jest bardzo miły - jeśli oczywiście jesteś czystej krwi...
         -Szczerze nie łapię tej całej afery wokół czystości krwi - ciągnęłam temat na wpół przytomna schodząc z nią po schodach do pokoju wspólnego - Chodzi mi o to, że mugolak czy czytej krwi.. tto i tak czarodziej!
         -Dokładnie! Znam wielu świetnych mugolaków - ciągnęła An.
         Nagle nadepnęłam na swoją szatę. Znowu. Świetnie. Poleciałam znowu na twarz wydając z siebie krzyk przerażenia. Czułam już jak uderzam zębami o schodek, gdy ktoś mnie złapał z przodu.
         -Dziwnym trafem ciągle cię łapię... - zaśmiał się Snape - Lubisz zlatywać gdy mnie widzisz czy coś?
         -Najwyraźniej mam potrzebę na Quidicha! - zawtórowałam mu.
         Obróciłam się do zdziwionej Andromedy, która stała z lekko rozdziawionymi ustami. Lekko się zaczerwieniłam.
         -Em... An to jest S...
         -Witaj Snape... - powiedziała lekko zdziwiona i zaraz zwróciła się do mnie - mówiłaś, że nie znasz nikogo z ... tej grupy...
         -O proszę - odwróciłam się do Snape'a i obdarowałam go uśmiechem - Czyli jednak nie będzie tak źle..
         Snape odwzajemnił uśmiech. Andromeda patrzyła z niedowierzaniem to na mnie to na niego. Chwyciła mnie za ramię i zaczęła odciągać od czarnowłosego chłopca.
         -No miło było się zobaczyć, ale nie mamy jeszcze planów lekcji i no.. Cześć!
         Zdążyłam tylko pomachać mu na pożegnanie i zostałam zaciągnięta przez przyjaciółkę do pokoju wspólnego. Tam czekał nasz prefekt ze znudzonym wzrokiem. Miał kręcone brązowe włosy i ciemne oczy.
         -Imiona... - powiedział bez emocji.
         -Andromeda Black i Margaret Lestrange - wydusiłam.
         Dostałyśmy nasze plany lekcji i odeszłyśmy od niego. Zerknęłam tylko na pierwszą lekcje - Eliksiry. Ruszyłyśmy do naszego po książki, pociągnęłam ją za szatę.
         -Andromedo... co się tam stało? Dlaczego uciekłaś tak od Snape'a? - syknęłam cicho.
         -Jest straszny! Jest jak cała reszta mojej rodziny... Nienawidzi mugolaków i ciąge mówi o nich szlamy.. Przepraszam, ale nie trawię tego kolesia..
         -Och... - zdziwiła mnie - Severus Snape? Jest nietolerancyjny? Ale przecież przyjaźni się z Lily...
         -Przyjaźnił - poprawiła mnie - Moja siostra mu powiedziała, że albo jest z nami, albo z szlamami...
         -O jezu... - nie potrafiłam wyjść z tego szoku, chwyciłam książki i ruszyłyśmy na zajęcia - I co zdecydował?
         -No przecież ci mówię... - westchnęła - Jest w naszej paczce...

***

         -Tam siedzi Lucjusz - szepnęła mi na ucho An - Hej Malfoy! - wydarła się na całą salę.
         Chłopak siedzący po prawej stronie sali odwrócił się do nas. Miał niemal białe, długie włosy i duże szare oczy. Po jego obu stronach siedziały dwie dziewczyny wzdychające do niego, a za nim siedzieli znani mi już Snape, Avery, Evan Rosier, Wilkes i Mulciber. Ruszyłam za Andromedą, która przegoniła zakochane w Lucjuszu dziewczyny. Została tylko Narcyza po jego prawej stronie. 
        -Lucjuszu, Avery, Eva, Wilkes, Mulciber - kiwnęła im jeszcze raz na przywitanie i wymówiła ich imiona dla mnie - Poznajcie Meggie Lestrange. To siostra Rudolfa.         -Hej - kiwnęłam im ręką z uśmiechem. 
         -Hej - uśmiechnął się szeroko Malfoy - miło poznać...
         Popchnięta przez Andromedę, zostałam zmuszona do siedzenia obok blondyna. Westchnęłam. No cóż... taki mój los.. Lucjusz próbował uparcie podtrzymywać ze mną rozmowę.                                    -A więc jesteś siostrą Rudolfa? No to pewnie ci nie łatwo... wiesz.. dogonić tak świetnego człona rodziny.. zabłysnąć...
        -Nie mam potrzeby błyszczeć.. Wystarczy mi być sobą - powiedziałam patrząc w kartkę i bawiąc się piórem.
      -Chyba jesteś pierwszą dziewczyną, która nie chce błyszczeć.. - przysunął się do mnie i przystawił mi usta do ucha - intrygujesz mnie.
         Odsunęłam się od niego, zaskoczona jego pewnością. Uśmiechnęłam się i zaśmiałam nerwowo. Zaczęłam bazgrać po papierze.
         -Nie jestem.. "intrygująca"...      -Przestań Lucjusz - zarechotał za nami Snape - ewidentnie nie jest zainteresowana twoim królewskim tyłkiem..
         Cała grupka zaśmiała się i na szczęście Malfoy już mnie nie zaczepiał. Odwróciłam się w stronę Andromedy i rozmawiałam się do momentu, aż wszedł nauczyciel.
        -Witam was moi kochani - powiedział niski mężczyzna drżącym głosem - Nazywam się profesor Horacy Slughon.. i będę was uczył eliksirów.. Uczcie się, a będziecie nagradzani.. A najwybitniejsi studenci będą mieli zaszczyt zagościć w moim Klubie Ślimaka.. 
         Od razu polubiłam jego lekcje. Opowiadał ciekawie, starał się przekazać wiedzę tak by każdy zrozumiał i co najważniejsze chwalił sukcesy. Czułam jednak przez całą lekcje czujne spojrzenia Lucjusza i Snape'a oraz nienawistne Narcyzy. Miałam z nimi dzisiaj niemal wszystkie lekcje. Zapowiadał się długi dzień...

Prolog

         Wzięłam głęboki wdech i pomachałam do rodziców, którzy dumnie stali na peronie 9 i 3/4. Uśmiechali się i żegnali mnie. Miałam teraz zacząć pierwszy rok w Hogwarcie, tak samo jak moi dwaj starsi bracia - Rudolf i Rabastian. 
         Wszystkie bagaże już oddałam i miałam przy sobie tylko małą torebkę i małą białą sówkę, którą dostałam na 8 urodziny. Nie chciałam być w wypchanym po brzegi wagonie więc udałam się do ostatniego, który świecił pustkami. Weszłam do pierwszego przedziału pierwszego od wejścia. Pośpiesznie zajęłam miejsce obok okna i rozwaliłam swoje rzeczy na miejscu obok. Moja ptaszyna, która nazywała się Śnieżynka przeleciała na miejsce obok i rozgościła się na oparciu kanapy. Może nie miała zbyt oryginalnego imienia, ale mogę się usprawiedliwiać tym, że miałam osiem lat... 
         Czekała nas kilkugodzinna podróż więc z mojej czarnej torby wyciągnęłam mugolską książkę. Miałam kilka takich od wujka, który jako auror znajdywał wiele dziwnych rzeczy na misjach. Wiedział, że kocham czytać. Dodatkowo pamiętał, że w tajemnicy przed rodzicami interesuję się mugolskimi rzeczami. Od razu wpadłam w fantastyczny świat powieści. Pociąg ruszył. 
         Chłonęłam każde słowo powieści i wertowałam kartki jakby pod wpływem zaklęcia. Nagle drzwi od przedziały otworzyły się i usłyszałam trzask. Podniosłam wzrok znad lektury. W przejściu stał chłopak, prawdopodobnie w moim wieku. Miał kręcone, niesforne czarne włosy i szare rozbawione oczy.
         -Cześć! - powiedział lekko zdyszany - Możesz mnie uratować?
         Podniosłam jedną brew z lekkim niedowierzaniem i odłożyłam książkę na bok. Śnieżynka podleciała do mnie i skrzyknęła na przybysza.
         -Zależy od czego... - powiedziałam niepewnie.
         -A więc...! - zaczął lekko się denerwować - Mam tutaj starszego brata i kuzynki.. Wszystkie usilnie próbują mnie poznać ze swoimi Ślizgońskimi znajomymi, a mi się to na prawdę nie widzi... Potrzebuję schronienia! Wiesz przedziału, w którym mnie nie znajdą.. - uśmiechnął się do mnie szeroko - Ten wydaje mi się bardzo przyjemny.. 
         -Dobra siadaj.. -westchnęłam.
         -Dzięki - opadł ciężko na miejsce na przeciwko mnie - Swoją drogą jestem Syriusz. Syriusz Black - wyciągnął do mnie rękę.
         No tak. Mogłam się domyśleć, że to jeden z Blacków. Nie jaka Bellatriks spędziła w naszym domu niemal całe lato.
         -Margaret Lestrange, ale mów mi Maggie - uścisnęłam jego rękę.
         -Lestange? Coś mi mówi to nazwisko... - ściągnął brwi.
         -Tak, moi bracia to Ślizgoni...
         -Oh... - opadł zdziwiony na wzorzystą tapicerkę - Czyli ty też jesteś skazana na Slytherin? 
         -Skazana? - uśmiechnęłam się - Myślałam, że w naszych rodzinach to zaszczyt...
         -Jasne - machnął ręką - bzdury. Nie wybieram się do Slytherinu. Nie pasuję tam...
         -Z jednej strony muszę tam trafić - spojrzałam w okno - bo rodzina. Z drugiej strony... wolałabym chyba jednak nie...
         -Hah - Syriusz też wyjrzał za szybę - Myślę, że znajdziemy wspólny język Maggie...
         Nie odpowiedziałam mu tylko uśmiechnęłam się sama do siebie. Może to nie będzie taki zły rok...

***

         -Chodźcie za mną - powiedziała głośno pani profesor - Udajemy się teraz na ucztę, ale zanim usiądziecie do stołów, zostaniecie przydzieleni do domów.
         Spojrzałam nerwowo na Syriusza, a on puścił do mnie oko. Westchnęłam ciężko, ale cieszyłam się, ze jest blisko. Szliśmy razem z tłumem pierwszoroczniaków. Doszliśmy do Wielkiej sali. Pani McGonagall otworzyła machnięciem różdżki ogromne brązowe wrota, który z cichym skrzypnięciem ustąpiły. Z pomieszczenia buchnęło ciepło i kuszący zapach jedzenia. Czułam, że się lekko trzęsę z nerwów. Syriusz delikatnie ścisnął moją dłoń na znak solidarności. Nie mogłam na niczym skupić wzroku, a moje myśli plątały się z nerwów. Podeszliśmy do podwyższenia, gdzie stał stół nauczycieli. Dyrektor podszedł do wielkiej złotek sowy i zaczął swoją przemowę.
         -Syriusz... - pociągnęłam przyjaciela na tył grupy - Syriusz nie dam rady.
         -Mags... spokojnie - uśmiechnął się uspokajająco - trafimy do Gryffindoru i pokażemy naszym rodzicom, że Gryfoni też mogą być świetni!
         -A jeśli trafimy do różnych domów? - spytałam z paniką w głosie.
         Syriusz na chwilę zamarł. Przełknął widocznie ślinę z trudem. Otworzył usta by coś na to powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Spuścił wzrok na ziemie i wziął wdech.
         -Damy radę Margaret...
         Kiwnęłam głową i oboje zwróciliśmy się w stronę tiary przydziału. Czułam jak serce wali mnie w piersi. Będzie dobrze. Albus Dumbledore rozwinął długą listę i poprawił okulary na pomarszczonym nosie.
         -Black Syriusz... - wywołaj go głośno.
         Ostatni raz ścisnął moją rękę i ruszył do drewnianego stołka. Rzuciłam spojrzenie w stronę stoły Ślizgonów. Jego rodzina z nadzieją wpatrywała się w niego. Chcieli by był z nimi. Chcieli by był jednym z nich... Pani Minerwa położyła Tiarę na czarnych lokach Black'a. 
         -O proszę... Kolejny Black... - wymruczała zachrypniętym głosem - Co mam z tobą zrobić? Dałabym cię do Slytherinu, ale ewidentnie nie tego ci potrzeba... 
         -Gryffindor, proszę, Griffindor... - szeptałam do siebie.
         -Masz w sobie wiele prawości i odwagi chłopcze.. GRYFFINDOR! - huknęła tiara.
         Zaczęłam bić bravo z uśmiechem, ale nikt na to nie wrócił uwagi. Zapanował lekki chaos. Gryffoni wiwatowali, a Ślizgoni wyglądali jakby mieli zaraz rozszarpać wszystko co tylko się rusza. Syriusz z wysoko podniesioną głową ruszył w ich stronę.
         Wyczytywali kolejnych uczniów. Czułam czujny wzrok nowego Gryffona. Uśmiechnęłam się i czułam oparcie w jego szarych oczach.
         -Lestrange Margaret! - wyrwał mnie z zamyśleń męski głos.
         Spojrzałam na starego dyrektora, który witał mnie z ciepłym uśmiechem. Zrobiłam kilka kroków bo kamiennych schodkach i w końcu usiadłam na taborecie.
         -Ooo... - zdziwiła się tiara - dzisiejszy dzień przynosi mi wiele niespodzianek... Kolejna z rodu ślizgonów, która pragnie czegoś... nowego... Powiedz mi czy tego właśnie pragniesz? 
         Mimowolnie spojrzałam na Syriusza, który patrzył się na mnie z lekkim zdenerwowaniem na twarzy.
         -Czy dla tego powodu chcesz zdradzić ród? Pomyśl co nosisz w sercu panienko Lestrange.. 
Pomyśl czy jesteś pełna ambicji, czy też odwagi i rycerstwa?
         Czy tiara właśnie mi próbuje powiedzieć, że jestem ślizgonem bo nie chcę nim być? Czyli Slytherin... to jednak moje miejsce?
         -Jesteś pełna wątpliwości Margaret.... Więc pozwól, że zdecyduję za ciebie... SLYTHERIN!
         Poczułam jak ciężar tiary zostaje ściągnięty z mojej głowy, ale pojawił się inny. Dużo cięższy. Ruszyłam w stronę zielonych barw, nie patrząc w oczy Syriusza. Zawiodłam go. Zawiodłam siebie. Powstrzymałam cisnące mi się do oczu łzy. Szybko pobiegłam na koniec stołu i usiadłam koło Rudolfa. Mój brat spojrzał na moje zaszklone oczy. 
         -Hej młoda co jest? - powiedział i mnie przytulił. 
         -Chciałam iść tam gdzie Syriusz - wykrztusiłam.
         -Spokojnie.. - czułam się bezpieczna obok brata - poznasz tu wielu super ludzi... A ten zdrajca krwi będzie należycie ukarany w domu... - niemal warknął.
         Z jednej strony czułam ulgę, że nie mówi tak teraz o mnie. Z drugiej nie chciałam by mówił tak o Syriuszu... Czemu Syriuszu? Czemu nie mogłeś trafić do Slytherinu?

______________________________________________________
_____________________

Pierwszy rozdział :> Mam nadzieję, że was zaciekawi i jeśli przeczytałeś i chcesz jeszcze to napisz chociaż "Czytam" prooooszę ^^